Get Adobe Flash player

Historia

48 sekund

48 sekund

 

20 marca 1968 roku w Karkonoszach zeszła potężna lawina porywając 24 osoby idące dnem Białego Jaru. O tym jak wysoka jest cena wychodzenia w góry szlakami zamkniętymi zimą , bez odpowiedniego sprzętu, przygotowania i osoby, która ma pojęcie i przeszkolenie w zakresie górskich wędrówek i zagrożenia lawinowego co roku ktoś się przekonuje. Regularnie GOPR i TOPR pomagają turystom, którzy zlekceważyli sobie zdrowy rozsadek i poszli tam gdzie ich być nie powinno. Karkonosze mają opinię gór łagodnych, w końcu nie mamy tu tak spektakularnych szczytów jak Łomnica, Kościelec czy Świnica, ale to góry kapryśne o dużej aktywności lawinowej i o tym nie należy nigdy zapominać.

I tak, 49 lat temu w Sudetach, a konkretnie w Karkonoszach wydarzyła się największa tragedia w historii polskich gór. Dnia 20 marca 1968 roku, 24 osoby idące dnem Białego Jaru zostały porwane przez gigantyczną lawinę. Dramat trwał kilka chwil. Udało się uratować 5 osób. Dla 19 pozostałych była to ostatnia wycieczka w ich życiu.

Dlaczego to przypominamy? Oczywistym względem jest rocznica, ale i warunki jakie panowały wtedy bardzo często na wiosnę w Karkonoszach się powtarzają. W marcu 1968 roku pogoda była w stabilna - delikatne wiatry, mocne nasłonecznienie, temperatura oscylująca w okolicy zera stopni. To wszystko miało duży wpływ na odtajanie niezbyt grubej warstwy śniegu. Woda z roztopów wsiąkała w dość grubą warstwę podłoża. Dodatkowo na podłoże wypływała woda z kilku szczelinowych źródeł Białego Jaru. W drugiej dekadzie marca podobnie jak w tym roku pojawiły się intensywne opady śniegu, śnieżyce, spadki temperatury poniżej zera. Tydzień przed tragedią, 13 marca zanotowano krótką poprawę pogody. Nagromadzony śnieg, już nasiąknięty wodą scementował się, a na jego powierzchni zalegały dwie warstwy: świeżego i mokrego śniegu i kolejna warstwa śniegu suchego, która miała zróżnicowaną gęstość. Trwające kilka dni opady i zamiecie spowodowały znaczne przeciążenie stoków śniegiem. W miejscu tym nachylenie jest dośc spore. Równowaga pokrywy śnieżnej została zachwiana i 17 marca zeszło ostrzeżenie – tzw. Deska czyli niewielka lawina, która jednak napotkała na swojej drodze ludzi. Jak raportował tego dnia Andrzej Brzeziński - ratownik i starszy instruktor ratownictwa Grupy Karkonoskiej GOPR: grupa siedmiu narciarzy mimo bardzo złych warunków pogodowych wybrała się na narty w rejon Strzechy Akademickiej, trasa ich marszu przebiega przez Biały Jar. Nie zważając na panujące warunki i nie analizując przebiegu pogody w ostatnich dniach stanęli na trasie małej lawiny i zostali zmieceni. Na szczęście udało im się samodzielnie odkopać. Wśród tych osób był m.in. znany jeleniogórski zegarmistrz z synem.

Warunki jednak nadal nie były sprzyjające jakiejkolwiek turystyce w tym rejonie. Śnieżyce miały miejsce głównie w nocy, a w dzień pogoda dopisywała i raczyła turystów silnym słońcem. Wierzchnia warstwa śniegowa topniała, a woda z roztopu wsiąkała w głąb. Niestety zamarznięte podłoże tym zmianom już nie ulegało.

20 marca zachęcił ludzi do wyjścia na szlaki pięknym słońcem, niestety nikt nie zważał na bardzo silny wiatr wiejący z prędkością 25/30 m/s, ani na ostrzeżenie sprzed 3 dni. Na szczęście powodu tego silnego zjawiska wyciąg na Kopę został zamknięty i część turystów pozostała na dole. Ale nie wszyscy. Przed godziną 11 wyrusza w Biały Jar 24- osobowa grupa turystów. Są wśród nich turyści z byłego ZSSR, kilku młodych Niemców z byłej NRD, oraz kilku Polaków. Nie ma wśród nich przewodnika, jedynie pilot grupy Rosjan. Idą czarnym szlakiem prosto w Biały Jar. I tu następuje poważny błąd, ścieżka bowiem rozdziela się na łagodniejszą letnią i stromą zimową, którą należy iść. Lekkomyślnie wybierają tę zgubną letnią.

Nastąpił świst i łomot. W ciągu 48 sekund na grupę spadła gigantyczna masa śniegu. Lawinisko miało długość ponad 600 metrów ( jednak w raportach podawana jest długość 740 m), ok. 25-80 metrów szerokości, grubość ok. 12 metrów, a wysokość czoła ok. 20-25 metrów (dane te jednak w rożnych źródłach mają inne parametry, np. 12-15 m). Osoby które miały szczęście być nieco wyżej przed zakrętem zostały tylko częściowo przysypane i nie zdawały sobie nawet sprawy z ogromu tragedii jaka spotkała pozostałe 19 osób.

"28-letni Włodzimierz Fadiejew, działacz Komsomołu z Kujbyszewa, stoi kilka metrów za koleżankami i kolegami, deliberującymi, czy iść w lewo, czy w prawo. Potężne uderzenie w plecy i w tył głowy rzuca nim jak piłką. Zwały śniegu wloką go ponad 150 metrów. Fadiejew nie traci głowy: pływackimi ruchami żabki stara się wydobywać na powierzchnię lawiny, czepia się gałęzi.
Gdy lawina staje, Fadiejew jest na powierzchni. Nie ma butów. W skarpetkach brnie przez śnieg. Gdy dochodzi do dwóch sióstr z wczasów w Bierutowicach, Polki krzyczą do niego: 'Gdzie reszta?!'. 'Ja adin! Ja adin!' - odpowiada z rozpaczą i w szoku brnie przez śnieg w dół lawiny
". [*]

Okazuje sie szczęśliwie, że nie tylko on jeden.

Władysław Subocz idzie za swoim znajomym panem Henrykiem; jako ostatni maszeruje trzeci wczasowicz, Bolesław Korolewicz. Lawina uderza w nich tak nagle, że Subocz traci przytomność nie wiedząc, co się dzieje. Ból przywraca mu świadomość. Leży oparty o drzewo. Lawina pędzi tuż obok niego. Chce złapać pień, ale nie jest w stanie - ma złamane przedramię i obojczyk. Krzyczy. Gdy lawina zatrzymuje się, odnajduje go pan Henryk. Bolesław Korolewicz ginie pod śniegiem”.

Wydobycie jednej z ofiar.
Wydobycie jednej z ofiar.

Jak wspomina jeden z ratowników GOPR Andrzej Schubert:

W 1968 roku prowadziłem biuro turystyczne w Karpaczu. Pamiętam, że tego dnia była piękna pogoda. Ciepło. Nagle telefon. "Słuchaj, w Białym Jarze poszła niesamowita lawina. Bierz, co możesz i przybywaj na miejsce". Tak jak stałem, wybiegłem i wskoczyłem w pierwszą karetkę, która jechała już do góry (...) Gdy znalazłem się na miejscu, zobaczyłem zrujnowany krajobraz, wszędzie śnieg. Nikogo. Tylko pierwsi ludzie szukający ofiar. Tego nie da się zapomnieć. (...) To było później, gdy zaczęliśmy wydobywać ciała. Czasem spod 5-metrowej warstwy śniegu. Pamiętam, że pierwszą odnaleźliśmy kobietę. Ciała wydobywaliśmy na linach, nie mieliśmy wtedy sprzętu. Trwało to kilka dni, i choć wiedzieliśmy, że nie ma szans, by kogoś wydobyć żywego, była w nas nadzieja, że a nuż, ktoś jednak przeżył... Ciała zawijane były w koce brezentowe i toboganami zwożone na dół

Kolejny z uczestników akcji ratunkowej, Pan Andrzej Brzeziński:

W czasie tragedii nie byłem jeszcze ratownikiem, ale plątałem się już koło ratownictwa. Miałem 19 lat. Gdy informacja się rozniosła, wielu młodych chłopaków udało się do góry na miejsce zdarzenia, raz z ciekawości, a wielu jak ja, z myślą, że być może się do czegoś przydamy. Gdy przybyliśmy na miejsce, zobaczyliśmy rozmiar tej lawiny. Była ogromna. Pracowały już na niej ekipy ratowników polskich i czeskich z Horskiej Służby. Wraz z kolegą, który później jak ja został ratownikiem, zostaliśmy zaangażowani przez starszych do transportu potrzebnego sprzętu, który był dostarczany na dolną stację wyciągu krzesełkowego. My przenosiliśmy go dalej na lawinisko. I tak to trwało kilka dni (...) W pierwszym dniu akcji odkopano 10 osób: 9 Rosjan i Polaka. Ratownicy byli potwornie zmęczeni, cały czas organizowano posiłki. W drugim dniu odkopano tylko jedną osobę - Rosjankę. Istniało niebezpieczeństwo zejścia wtórnej lawiny. Powiadomiono jednostkę wojskową z Żagania i Jeleniej Góry. Żołnierze przywieźli moździerze i działa bezodrzutowe. Postanowiono odstrzelić pozostałe nawisy, jednak bez skutku. Trzeciego dnia odkopano 5 osób. Wiedziano, że pod śniegiem są jeszcze ludzie, kopano dalej, czwarty dzień akcji - znaleziono kolejną Rosjankę. Dalsze dni ciężkiej pracy nie przynoszą efektów, aż do 1 kwietnia, kiedy to znaleziono kolejną ofiarę - obywatela NRD. 5 kwietnia, po piętnastu dniach akcji, spod śniegu wydobyto ostatnią ofiarę.

W akcji poszukiwawczej uczestniczyło ponad 1100 osób. Polaków i Czechów, GOPRowcy, ratownicy medyczni, żołnierze, strażacy, Horska Sluzba, psy, pracownicy wyciągu, cywile – mieszkańcy Karpacza i okolic.

Myśmy działali w interesie życia. W interesie spokoju rodzin ofiar dotkniętych tą straszną tragedią. Musieli oni mieć dowody, ze uczyniliśmy wszystko co było możliwe.
My nie znamy słowa "za późno"! Nie pozwala nam na to przysięga, którą złożyliśmy.

-Marek K. Wikorejczyk 

 

Polskie góry do dziś szczęśliwie nie zostały nawiedzone przez tak wielką i morderczą lawinę. Choć smutną kartą w historii polskich gór jest również 2003 rok, kiedy to w lutym, w Tatrach pod Rysami lawina porwała wycieczkę szkolną z Tychów, a ostatnie ofiary tej lawiny wydobyto z Czarnego Stawu dopiero w czerwcu.

W wyniku zejścia lawiny w Białym Jarze w kilku miejscach kotła nastąpiło cofnięcie się krawędzi pokryw gruzowych nawet o 2-3 metry. Natomiast stosunkowo mało ucierpiała roślinność Białego Jaru. Połamały się niektóre krzewy jarzębiny, oderwało kilka płatów darni dochodzących do powierzchni 250x50 cm (przesunięcie o trzy metry w dół), złamaniu uległy nieliczne młode brzozy i jarzębiny w dolnej części Jaru. Największą ofiarę ponieśli ludzie, a porażkę ich wyobraźnia. Biały Jar to nisza niwalna utworzona przez lodowiec ok. 10 000 tys. lat temu. Szeroki kocioł zwęża się przechodząc w jar. Taki układ terenu oraz północna wystawa to książkowy przykład terenu niezwykle zagrożonego lawinami. Dlatego od tamtej pory szlak przez Biały jar jest bezwzględnie zamykany na zimę do odwołania. Od 1968 roku w tym miejscu wydarzył się jeszcze jeden śmiertelny wypadek - 22 marca 2008 roku w potężnej lawinie zginął młody snowboardzista. Znów zawiódł zdrowy rozsądek.

Pamiętajmy zawsze idąc w góry, że to nie miejsce na pokazy brawury i ryzykowne łamanie przepisów.


GALERIA ZDJĘĆ

Źródła:

Krzysztof Radosław Mazurski, Zbigniew Warzecha, Wielka lawina w Karkonoszach i jej morfologiczne skutki, w:Czasopismo Geograficzne/Geographical Journal, PTG, Wrocław, tom XL, zeszyt 3/1969,

Włodzimierz Kalicki „Zdarzyło się” wyd. Znak Horyzont [*]

 

Marek K. Wiłkorejczyk „U stóp Śnieżki”