Get Adobe Flash player

Historia

Pożar, który rozpłynął się we mgle.

Tajemnice, skarby, niebezpieczeństwa. Karkonosze od bardzo dawna kojarzone są mimochodem z tymi trzema przymiotnikami. W poprzednim moim artykule, w którym opisałem smutne losy Schroniska im. Bronka Czecha lekko zasugerowałem obecność woalki tajemniczości otaczającej karkonoskie schroniska i wiążące się z tym konsekwencje. Oczywiście cała ta eteryczna materia sekretów i skarbów nie jest wymysłem powojennej Polski związanym z ukrytymi przez uciekających Niemców złotymi „pociągami”. Wszystko zaczęło się dużo wcześniej, a wiązało się to z przybyciem na tereny karkonoskie Walończyków, czyli w dużym uproszczeniu poszukiwaczy skarbów, którzy dotarli w Sudety z obszarów dzisiejszej Belgii. Byli oni fachowcami w wydobyciu i przerabianiu kruszców także srebra i złota. Wiadomo gdzie bogactwo i skarby, tam i tajemnice. Walończycy posługiwali się swoim językiem, mieli sekretny system znaków, zaklęć i rytuałów... Wszystko to jest bardzo ciekawe ale dziś chciałbym napisać o tajemnicy troszkę czasowo nam bliższej, a mianowicie o historii kolejnego nieistniejącego już karkonoskiego schroniska. Schronisko im. Księcia Henryka niem. Prinz-Heinrich-Baude.

W przeciwieństwie do wielu innych karkonoskich schronisk Schronisko im. Księcia Henryka nie wyewoluowało wprost z pasterskiej budy, czy też chatki smolaków. Schronisko to zostało wybudowane na skraju Kotła Wielkiego Stawu, że tak powiem z premedytacją. Otóż w roku 1899 zakończono budowę nowoczesnego, luksusowego obiektu, stawianego całej reszcie za wzór. Było ono obiektem westchnień właścicieli (Towarzystwo Karkonoskie niem. Riesengebirgsverein, w skrócie RGV), turystów i zazdrosnych gospodarzy innych schronisk.

Był to piękny dwupiętrowy budynek, bogato zdobiony, kryty dwuspadowym dachem. Podpiwniczenie i parter było murowane (konstrukcja kamienna), a piętro drewniane. Z północnej strony schronisko posiadało imponujących rozmiarów werandę, z której rozpościerał się widok na całą Kotlinę Jeleniogórską.

Sam obiekt przed II Wojną Światową został rozbudowany do 30 pokoi (wcześniej mógł pomieścić 70 osób w 21 pokojach). Już trzy lata po otwarciu w schronisku zaczął działać telefon.

Początkowo schronisko miało nosić nazwę Baude am Mittagstein (od nazwy skały - Mittagstein czyli dzisiejszego Słonecznika), nazwa ta jednak została zmieniona już w czasie budowy gdy w 1888 roku nie ukończone jeszcze schronisko odwiedził książę Henryk Hohenzoller (brata cesarza Wilhelma II) wraz z małżonką. Od tego dnia schronisko nazywano jego imieniem.

Jeszcze przed II Wojną Światową schronisko cieszyło się bardzo dużym zainteresowaniem także wśród tzw. wyższych sfer narodu niemieckiego. Słynęło z tras zjazdowych dla tzw. Rogatych Sań. Stan ten uległ gwałtownej zmianie tuż po wojnie. Obiekt opustoszał zupełnie. Pozostał w nim tylko niemiecki przedwojenny zarządca wraz z rodziną. Co bardzo dziwne, żadna z organizacji turystycznych w powojennej Polsce nie była zainteresowana przejęciem i ewentualnym ponownym otwarciem tego uroczego obiektu. Dlaczego? Cóż, nieco światła (a może jeszcze bardziej zaćmienia) na tą sprawę rzuca sam koniec obiektu.

Październik 1946 roku okrył gęstą mgłą okolice Schroniska im. Księcia Henryka (ciekawe, że po II Wojnie Światowej zachowano pierwotną nazwę obiektu), w nocy z 9-tego na 10-tego października schronisko podpalono. Nikogo nie zawiadomiono, nie wezwano pomocy. 12-tego października po schronisku pozostał jedynie murowany komin i kamienne ruiny podpiwniczenia. Same daty pożaru przez wiele lat budziły kontrowersje. Podawano przedziwne terminy lutowe, mniej lub bardziej precyzyjne (nawet sam rok 1946 nie był do końca oczywisty). Jasne światło na temat terminu pożaru rzuca tzw. meldunek sytuacyjny nr 209 pierwszego odcinka I Oddziału Ochrony Pogranicza, spoczywający w Archiwum Straży Granicznej w Szczecinie: „W nocy z 9.10.[1946*] na 10.10.[19*] 46 r. zostało spalone Schronisko Księcia Henryka (Prinz Heinrich Baude) znajdujące się na terenie strażnicy nr 1 w pobliżu granicy. Wypadek został zauważony dopiero przez patrol strażnicy nr 1 w dniu 11.10.[19*] 46 r. o godzinie 8.40. W dniu wypadku pożar nie był widziany z powodu bardzo silnej mgły i opadów śnieżnych. O dniu wypadku pożaru dowiedziano się od zamieszkałej w pobliżu ludności cywilnej. Schronisko spalono całkowicie. Dochodzenie prowadzi się”. I tu niestety kończą się fakty bo o wynikach tegoż dochodzenia nic nie wiadomo. Sama kwestia domniemanego podpalenia jest też mocno problematyczna.

Wygląda na to, że nikomu nie zależało na losie budynku, nikt też nie płakał po jego stracie. I tu rodzi się pytanie. Dlaczego? Czy znieczulica była wywołana jedynie brakiem zainteresowania turystycznego w powojennych czasach? Czy może kierowała nią naturalna niechęć do wszystkiego co niemieckie? Niektórzy twierdzą, iż ogólny brak zainteresowania powodowany był strachem, o pewnych rzeczach niebezpiecznie było mówić. Ukryte złoto niemieckich oficerów, zrabowane polskie mienie, krycie winnych szabrowania mienia o znacznej wartości – teorie mnożyły się dość mocno. Do dziś niestety nic nie ustalono w sprawie pożaru i braku akcji ratowniczej. Oczywiście zimowa pora i zalegający śnieg uniemożliwiały to tak czy inaczej...

Pozostałości po Schronisku im. Księcia Henryka odwiedziłem w 2016 roku latem, wraz z synem i żoną. Szybko odnaleźliśmy „kesza” (bawimy się w Geocaching). Spojrzałem na niepokaźny murek i kilka rozrzuconych dookoła cegieł... Jaką zagadkę skrywa to miejsce? Ech chyba jednak nie warto wracać tam z łopatą. Pewne sekrety nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego... Ot karkonoskie skarby i ich tajemnice...

 

 

* dopisane przez red.