Get Adobe Flash player

Legendy Sudeckie

Zbójnicy z zamku Quingenburg

 

Zbójnicy z zamku Quingenburg

 

Na szczycie Garncarza (644m n.p.m.) w XIII wieku postawiono niewielki zamek zwany Quingenburg. W XV w. stał się on siedzibą bandy Rycerzy-Zbójów, których jedynym zajęciem było grabienie kupców, podróżników i okolicznej ludności. Z tego okresu pochodzi ta oto opowieść.

Wczasach średniowiecza między Nową Rudą, a Bielawą grasowała groźna zbójecka banda. Zbóje napadali na wędrujących kupców, podróżnych, a nawet w biały dzień na okolicznych mieszkańców. Tak jak nagle się pojawiali, tak samo nagle znikali w leśnym gąszczu. Nikt nigdy nie spodziewał sie ataku. Nie potrafiono ustalić skąd przychodzą i dokąd znikają. Nikt nie mógł zlokalizować ich kryjówki. Jedno tylko było dziwne. Każda wieś w okolicy była przez nich napadnięta... z wyjątkiem Woliborza. To nie koniec dziwnych sytuacji, bowiem w tej wsi znajdowała się popularna w okolicy Karczma, w której w każdą niedzielę i święta serwowano wyśmienite jadło, napitek i można było potańczyć przy radosnej muzyce. Jednak od czasu do czasu późnym wieczorem zjawiali się tam nieznani mieszkańcom Woliborza młodzi mężczyźni. Zasiadali przy ławie, zamawiali najdroższe jedzenie, dużo piwa,a przy tym sowicie za to płacili. Gdy byli w dobrym humorze ochoczo tańcowali z lokalnymi dziewczętami, choć zachowywali dystans i nie wdawali się z nikim w szczegółowe rozmowy. Była wśród tańcujących dziewcząt jedna, szczególnie piękna i żwawa. Nazywała się Kinga, była służącą w lokalnym młynie. Miała niebezpiecznie hipnotyzujący wzrok i mnóstwo wdzięku, dlatego tajemniczy młodzieńcy szczególnie upodobali sobie ją jako partnerkę w tańcu. Z czasem zaczęli jej podtykać pieniądze, aż w końcu próbując skusić dziewczynę obietnicą bogactwa namawiali ją by poszła z nimi na noc do ich domu, ale za żadne skarby nie chcieli wyjawić gdzie rezydują. Nie spodziewali się jednak, że dziewczyna oprócz tego, że olśniewa urodą to jest równie inteligentna. Którejś niedzieli znów obserwowała młodzieńców w karczmie, patrzyła uważnie ile pieniędzy zostawiają u nadskakującego im karczmarza i... naszła ją taka myśl:

Nikt ich nie zna, nikt nie wie gdzie pracują, z pewnością nie są handlowcami, a pieniędzy mają jak lodu... czyżby byli tymi sławnymi w okolicy zbójami?”

Na tą myśl przeszyły ją dreszcze, więc czym prędzej podzieliła się tymi spostrzeżeniami z młynarzem, u którego pracowała. Młynarz cenił sobie zdanie rezolutnej dziewczyny i po chwili namysłu przyznał jej rację. Faktycznie, wszystko wskazywało na to iż właśnie trafili na szajkę rabusiów, która pustoszyła okolicę z wszelkich bogactw.

Następnego dnia skrzyknął najsprytniejszych i najsilniejszych chłopów z okolicy Woliborza i zaprosił na naradę. Pod koniec wieczora uradzili, że przy pomocy cwanej Kingi zdemaskują siedzibę zbójów i rozliczą ich za wszystkie przestępstwa.
Po zebraniu wszyscy rozeszli się spokojnie do domów i co uradzili trzymali w sekrecie do najbliższej niedzieli.

Jak podejrzewali, w niedzielny wieczór w karczmie zjawili się młodzieńcy. Ubawiona zabawą z nimi Kinga, udawała lekko podpita i zgodziła się tym razem by powiedli ją do swojego domu. Gdy tylko zabawa się skończyła, Mężczyźni prowadząc Kingę pod rękę ruszyli w góry krętymi ścieżkami. Szli coraz dalej i coraz wyżej. Mijali gęste zarośla, potężne skały aż dotarli na szczyt góry pod nieduży zamek. Jeden z młodzieńców zagwizdał specjalną melodię- kod, brama sie otworzyła i wszyscy weszli do środka. Był to dość przytulny choć niewielki zamek, widać było iż jest drapnięty zębem czasu. Widać było iż mieszkańcy nie są zwykłymi rycerzami bowiem wszędzie leżały zbroje, miecze, maski i zrabowane przez zbójów dobra.

W międzyczasie zebrani wokół młynarza mężczyźni podążali śpiesznie lasem po śladach obcasów Kingi, która starała sie stawiać stopy na miękkiej ziemi by charakterystyczny kształt obcasa zostawił wyraźny znak. Po jakimś czasie dotarli na szczyt i ujrzeli małą warownię. Jak planowali wcześniej ukryli się w okolicznych zaroślach i czekali aż Kinga da im jasny sygnał.

Mijały kolejne godziny, a ani kingi ani żadnego z umówionych sygnałów nie było. Nie pojawiła się czerwona chusta, gwizd ani żaden znak świetlny. O wschodzie słońca gdy niepokój sięgał już zenitu mężczyźni ujrzeli w oknie Kingę. Ta, w pomiętej sukience ziewając i przeciągając się nieśpiesznie bez ceregieli donośnym głosem rzekła w ich stronę:
- W każdą stronę stąd daleko!!

A zza jej pleców dało się słyszeć donośny śmiech pijanych rozbójników. Nie mieli pojęcia, że oto padło umówione hasło. To był jasny sygnał, że zbóje są pijani, półprzytomni i zupełnie stracili czujność.

W tym momencie woliborzanie ruszyli do ataku, wyłamali rygle, otworzyli bramę i wpadli do zamku. Totalnie zaskoczeni zbóje, będący jeszcze mocno pod wpływem alkoholu chwycili jednak za broń i zaczęli stawiać opór. Chłopi pomni krzywd wyrządzonych mieszkańcom okolicznych wiosek dawali z siebie absolutnie wszystko, mieli liczebną przewagę i choć nie obyło się bez ofiar po obu stronach to już po 3 kwadransach większość zbójów leżała martwa lub nieprzytomna z ciężkimi obrażeniami.

Na czas walki Kinga schowała się w w dębowej masywnej szafie i gdy hałasy umilkły wychyliła głowę z szafy i ujrzała triumf sprawiedliwości.

Pozostali przy życiu mężczyźni z ulgą i uśmiechem gratulowali sobie udanej akcji i dziękowali sobie za odwagę i poświęcenie. Gdy odetchnęli i uspokoili nerwy rozpoczęli przeszukiwanie zamku celem znalezienia wszystkich zrabowanych skarbów. Kufer za kufre, szafa za szafą, pokój za pokojem przetrząsnęli cały zamek, niestety... nigdzie nie było nawet śladu po choćby jednej monecie.

Przez kolejne dni rozbierano zamek kamień po kamieniu. Po pierwsze, aby żadni zbóje nigdy więcej nie znaleźli tu ostoi, a po drugie by nie pominąć żadnej skrytki ze skarbem. mimo to żadnego efektu. Wreszcie mądry młynarz wpadł na pomysł, że skarb może być ukryty pod podłogą zamkowego lochu. Niestety w rozgrzebanych ruinach próżno było szukać do niego drogi dostępu. Tak więc wówczas skarbu nie odnaleziono.

 

Nie jest to jednak przegrana sprawa. Pewna wróżka z Przygórza, która mieszkała na tym terenie 200 lat po zburzeniu zamku twierdziła, że skarb może odzyskać tylko prawdziwa dziewica. Aby jednak mogło do tego dojść w noc Bożego Narodzenia musi ona pojawić sie w ruinach sama z zapaloną świecą. Gdy płomień zacznie chylić się ku ziemi będzie to znak, że właśnie stoi nad piwnicą pełną zrabowanego złota, kamieni szlachetnych i innych kosztowności. Minęły kolejne stulecia, żadna niewiasta na tą wycieczkę się nie odważyła i skarbu jak nie znaleziono tak nie znaleziono. Czyżby zabrakło dziewic?

 

 

----------------
Zamek Quingenburg (Zamek na Garncarzu) – śladowe szczątki ruin po zamku w postaci porozrzucanych po północnym stoku góry głazów i kawałków kamieni z muru. Zamek znajdował się w środkowej części Gór Sowich w Sudetach Środkowych w województwie dolnośląskim, przy drodze wiodącej w kierunku Przełęczy Woliborskiej ok. 4,5 km na północny-wschód od Nowej Rudy. Zamek został zbudowany na stromym i skalistym wzgórzu Garncarza[2], wznoszącym się 644 m n.p.m. i sąsiadującym ze skałkami. Szczyt zbudowany jest z gnejsowych skał. Całe wzgórze oraz otoczenie ruin zamku porośnięte jest lasem świerkowym regla dolnego. Zbocza Garncarza są strome, a z trzech stron otoczone są głębokimi dolinkami potoków Piekielnicy. Droga, nad którą stał zamek-strażnica to szlak handlowy wiodący z równiny śląskiej przez Czechy na południe Europy. Szlak ten nazywano Piekielną Drogą. Był to jeden z „świetlistych szlaków”, a zamek zbudowano dla kontroli i ochrony tego szlaku. Wstępne prace archeologiczne prowadzone w 1993 odsłoniły znikome resztki zabudowy. (Wiki)