Get Adobe Flash player

Legendy Sudeckie

Jak Duch Gór otrzymał swoje imię ;)

Jak Duch Gór otrzymał swoje imię ;)

Był cudowny lipcowy dzień, słońce przebijało się przez chmury głaszcząc przyjemnie twarz Ducha Gór wracającego ścieżką wśród drzew do sadyby nad Wielkim Stawem. Szedł sobie żwawym krokiem, pogwizdując i żując źdźbło trawy bowiem dzień był wyjątkowo udany. Najpierw dał nauczkę pseudoturystom, którzy zapuścili się w jego rejony w stroju dalece nie adekwatnym do okoliczności przyrody, potem z psotnym przyjacielem Foehnem (po wojnie nazwanym Fenem) w ramach zakładu powybijał zapracowanemu szklarzowi wszystkie szyby, chwilę później skopał tyłki kilku Walonom, którzy mimo zapewnień znów grzebali w jego skarbcu, a na koniec spotykając na Polanie kurzaków zaproponował im zbijaka i ograł ich z kretesem, zostawiając bez środków na wieczorną konsumpcję złotego trunku.

Humor mu więc dopisywał, a że ubaw miał po pachy z wszystkich wykiwanych ludzi, szedł sobie co chwilę zmieniając wizerunek z sędziwego starca z laską w młodzieniaszka o sprężystym kroku. Nagle kątem oka zauważył cos jaśniejącego o parę łokci w bok nad strumykiem i nie zauważywszy śliskiego kamienia wywinął orła. Gdy wstał i otrzepał pelerynę jego oczom ukazała się zjawiskowa istota. Na kamieniu pod rzędem smerków siedziała rumiana, krągła blondynka o ruchliwych szafirowych oczach. Była mocno zdezorientowana i zaniepokojona. W sekundę Duch przemienił się w młodzieńca, poprawił pantalony, zmierzwił grzywę i ruszył odważnie ku dziewczynie. Mimo licznych przygód tego dnia, pozostał w nim pewien niedosyt, a okazja sama sie trafiła. Pomyślał, ze deser tego dnia trafił mu się idealny. Wiedział bowiem, że pod postacią młodzieńca, żadna jeszcze mu się nie oparła, więc pewny siebie przystąpił do działania. Kilka uśmieszków, komplemencików i już jadła mu z ręki i po godzinie wiódł ją do swej siedziby...na swoją zgubę.

Dziewczę imieniem Emma, była córką utytułowanego Niemca. Duch gór nie miał głowy to tych wszystkich tytułów i było mu obojętne czy był to jakiś hercog, fyrst, prync czy frajcher. Wszakże nie dla rozrywek intelektualnych powiódł ją do domu. Niestety... dziewka okazała się równie upierdliwa co piękna, szybko okazało się, że jest kapryśna i zaborcza. Nieoczekiwanie Duch Żigolak został wzięty pod pantofel i nieświadomie spełniał kolejne zachcianki swojej Pani i wysłuchiwał jej nieustającego jazgotu i pretensji. Nie odstępowała go na krok, ciągle wisiała mu nad głową i wymyślała kolejne zajęcia, na które nie miał ochoty. Nie miał już sposobności ani na zbijaka, ani na degustację złotego trunku, ani na psikusy wobec Walonów. Biegał wokół Emmy i jej sprawunków zatracając swój styl życia. Wreszcie dał jej specjalną różdżkę żeby sama załatwiała swoje sprawy i mogła ze zwykłych rzep wyczarować co jej potrzebne. Nawet to nie pomogło. Uciekał więc Karkonosz w jedyne miejsce, gdzie jeszcze wolno mu było, wyrzucając sobie, że „Baby mu się zachciało...”. Położone w pobliżu alpinarium pełne ziół i rzadkich roślin było ostatnim miejscem spokoju i rozrywki bowiem regularnie musiał z niego przeganiać namolnego aptekarza z Wilczej Poręby. Tylko tu nie słychać było jej zrzędzenia. Siedział więc w ogródku a skałach i podziwiał swoje rzadkie okazy, a wśród nich: lilię złotogłów, ciemiężycę zieloną, różę alpejską, czosnek syberyjski i arcydzięgiel litwor. Gdy tak znikał, Emma zajęta była swoja różdżką i rzepami do tego stopnia, że nakazała mu obsadzić nimi cały zagon niszcząc resztę wspaniałych roślin. Karkonosz tłumaczył sie, że nie ma takiej ilości nasion, bo szkoda mu było czasu i ulubionych ziół. Więc odwlekał sadzenie poświęcając czas na rzekome wyprawy na wieś po nasiona, gdzie odreagowywał swoje pieskie życie ze zrzędliwą babą. Po jakimś czasie Emma i tego mu zabroniła zamieniając jedną z rzep w posłańca, a drugą w wóz a dwie kolejne w rącze rumaki i tuż przed zachodem słońca posłuszny „Rzep-kurier” wrócił z cennym towarem..
Wściekł się Duch Gór gdy otrzeźwiał i zobaczył upadek swojej stanicy. Trzy dni klął pod nosem i pomstował na własną głupotę. Nie mógł zrozumieć jak mógł dać się omamić kobiecemu ciału, podczas gdy jego właścicielka okazała sie głupią i próżną. Jednak dziewczyna zrzędziła jeszcze bardziej kolejne 4 dni. Ponieważ Karkonosz miał już powyżej dziurek w nosie tego jęczenia wyniósł się na cały dzień do ogrodu między rzepy usiłując do nich przywyknąć, ale tylko go drażniły. Wieczorem po wieczerzy, gdy już myślał, że damskich atrakcji na dziś będzie dość Emma oświadczyła mu, że ponieważ pochodzi z dobrego domu i ma dość bałaganu jaki zapanował w jej życiu i nowym domu czas zaprowadzić porządki i żąda ona by Karkonosz natychmiast ją oficjalnie poślubił, bo to wstyd, by żyła z nim na kocią łapę. Stwierdziła też, że nie będą potrzebne żadne zaproszenia, bo weselników wyczaruje sobie z kapusty. Gdy to powiedziała wyszła,a Duch oniemiał.

Siedział osłupiały kilka godzin nie wiedząc co począć, aż w końcu wymyślił, a przynajmniej tak mu się wydawało...

O świcie przywitał swą przyszłą małżonkę jako odrażający staruch, jednak ta wykpiła go i obśmiała stwierdzając, że jej ta brzydota nie przeszkadza, bo potrzebna jej tylko jego władza i bogactwo, więc dość tego bo ślub za dwa dni, a jej się śpieszy.

Zawrzało więc w Karkonoszu, trzasnął drzwiami i poszedł w cholerną rzepę dumać. Myślał, myślał, a im bardziej się im przyglądał tym bardziej ciśnienie mu rosło. Wreszcie go olśniło. Zawołał długodystansową jaskółkę, przyczepił jej do łapki liścik adresowany do księcia Raciborza, który słynął w całej okolicy ze swej romantycznej naiwności, w którym napisał:

JWX Raciborz: jestem uwięzioną u strasznego demona gór ≈ z niecierpliwością wyglądam ocalenia ◊ przybywaj niezwłocznie do stóp Karkonoszy ◊ czekaj w Marysinie na dalsze instrukcje ◊ Emma księżniczka licencjonowana.

O zmierzchu, jaskółka wróciła wyśpiewując doręczenie telegramu. Już od wczesnych godzin porannych w sadybie słychać było przygotowania do hucznego wesela. Duch poganiany przez Emmę jak chłopiec na posyłki biegał z prawa na lewo, aż mu nogi omdlewały. Ledwo znalazł czas by skreślić kolejny liścik, tym razem poprosił o szybki kurs Lisa Chytrusa, najcwańszego w całej okolicy i posłał na Marysin naprzeciw nadciągającemu Raciborowi. A w liście stało:

Uprzejmie zawiadamiam, że starego Karkonosza nie będzie jutro od rana w domu. Klucz do pałacu znajduje się pod granitową wycieraczką u wejścia. Powodzenia. Życzliwy.

Uśmiechnął się pod nosem, na myśl o nadciągającym wybawieniu.

  • - Co tak rżysz? - spytała podejrzliwa Emma.

  • - Bo się żenię kochana. No... jutro ślub! - odparował Duch Gór.

Emma fuknęła coś do siebie i poszła zarządzać „rzepowymi” kucharzami, cukiernikami i piwowarami.
Jeszcze przed świtem Karkonosz czmychnął na swoje poletko, tłumacząc, że musi podlać „gości” przed wieczornym przyjęciem. Schował się w kępie kosówki na kamieniu przypominającym fotel i nasłuchiwał spodziewanych odgłosów gwałtu z niedalekiego pałacu. Tym czasem trwała bezgraniczna cisza, którą zakłócał od czasu do czasu wrzask Emmy, rozkazującej rzepom. I dopadła go myśl, że oto nadchodzi koniec, bo niepotrzebnie pisał o straszliwym demonie i pewnie Racibórz stchórzył albo Lisek złapał się we wnyki i nie doręczył telegramu. Czas mijał, skóra na karku Karkonosza cierpła, a Księcia ani śladu.

Pojawiła się za to nabzdyczona Emma, rozkazując Duchowi by poszedł szykować się na ślub. Ten nie chcąc wzbudzać jej podejrzeń odparł:

  • Zaraz przyjdę słoneczko ty moje, tylko muszę bardzo dokładnie policzyć naszych gości żeby później nikt nie zarzucił mi przy ludziach, że nie dla wszystkich wystarczyło jadła i napitku.

Cwaniara nie odeszła jednak, tylko stała i patrzyła. Liczył więc i liczył, mylił się, zaczynał od początku, skakał wśród grządek, upadał, znów liczył na głos. Złośnica zaś czekała, i czekała... w końcu zniecierpliwiona poszła się stroić do zamku. Karknosz natomiast zerkając na nią kątem oka dalej odstawiał cyrk z liczeniem. Po jakimś czasie przystanął na chwilę,a jego uszy dobiegł cienki pisk Emmy i rżenie koni. Oto nadciągał wybawiciel, książę Racibórz z odsieczą – nie świadom komu tak naprawdę.

Lis trochę się nabiegał zanim doręczył Raciborzowi telegram. Odnalazł go wypoczywającego na łące obok okazałych sztucznych ruin. Książę niczym Król Słońce miał swoje osobliwe estetyczne wymagania. I zmusił poddanych do pracy w upale i na mrozie by realizowali jego zachciankę. Pod tym względem niczym nie ustępowała mu sama Emma. Również miała tylko i wyłącznie wymagania.

Książę przeczytał pachnący fiolkami list i zarządził natychmiastowy wymarsz. Wszak oto Księżniczka do wzięcia czeka na wybawcę! Po drodze dopadły go jednak wątpliwości. Przypomniał sobie treść pierwszego liściku i hasło: „straszny demon gór”... nie brzmi to jednak zbyt zachęcająco. Zapał malał z każdym kilometrem, koń wciąż zwalniał, jednak dowlókł się do Marysina. Pomyślał, ze przenocuje i z samego rana ruszy z powrotem i nikomu nie zdradzi powodu swojej wizyty. Księżniczka? Jaka księżniczka? Ledwie wszedł do izby noclegowej zobaczył na stole pachnący znajomo list. Bomba! A więc wyprawa!
Teraz trzymał wyszykowaną do ślubu Emmę w ramionach i kierował się na Rówienkę. Trochę się wyrywała i piszczała. Z pewnością jest w szoku dziecina – pomyślał – albo ją ten górski dziadyga czymś oczadził.

Zanim zdecydował się na ruch, długo obserwował liczącego rzepy demona w końcu wpadł do gmachu, przerzucił dziewczę przez ramię, wsiadł na koń i ruszył. Kpił w duchu „Też mi demon! Dziadyga! Głupi Liczyrzepa!!”. Był z siebie dumny jak paw, niemal tak dumny jak jego sługa, który przypadkiem złapał w zamczysku niebrzydką służącą z pełnym uzębieniem. Gdy tylko dojechali do Bolkowa słodki ciężar jakby się zmniejszył. Obejrzał się więc sługa i ujrzał, że do siodła przytroczona była rzepa.

Następnego dnia zdumiona całą sytuacją Emma, złorzeczyła pod nosem siedząc w zamkowej komnacie kochliwego Racibora. Kręciła nosem słuchając jak młokos chwali się przed ojcem swoim niebywałym wyczynem. Nie miała pojęcia o jakim fiołkowym liście ten młokos mówi, ani jaki anonim miał na myśli. Znudzona wreszcie słuchaniem – jej zdaniem – bzdur, wybiegła z sali i zamknęła się na 3 dni w komnacie, wściekła, że odebrano jej szansę na władzę totalną nad Karkonoszami. Zbywała przy tym bezczelnie docinki służby. O świcie trzeciego dnia dobiegła ją rozmowa Księcia z ojcem.
- Nie pojmiesz jej za żonę - krzyczał senior - To przybłęda, znajda, jakaś wiejska dziewka, dzikuska z lasu. Nic o niej nie wiesz. Jest nie wiadomo skąd. Księżniczka? Bez posagu? A jakiego herbu? I jeszcze ma muchy w nosie. Zrzędzi i marudzi! Żadnych manier! Nie jest godna dziedzica Raciborza. Jutro masz ją odesłać precz!

Po tych słowach poprawiła jasne włosy i wybiegła z izby. Na schodach celowo wpadła na idącego Księcia. Dobrze wykalkulowała. Jak zwykle. Była słodziutka i uwodzicielska jak nigdy dotąd. Doczekała się w końcu tytułu i gmachu godnego jej ambicji. Ha! Pani Raciborza! Krążąca jednak wersja na temat porwania z gór, głoszona przez młodego księcia za słabo eksponowała jej rolę i bohaterstwo. Już miesiąc po ślubie z Raciborzem zatrudniła skrybę, który zgodnie z instrukcjami uwiecznił całą historię.
Duch Gór oszalał ze szczęścia. Natychmiast popędził do karczmy, gdzie zażyczył sobie pintę. Zlitował się też nad szklarzem i zwrócił mu za wyrządzone szkody, pozwolił kurzakom odegrać się w zbijaka na Rówience. Nawet Walonom w Sowiej Dolinie się powiodło, tak że złoto w okolicy Karpacza bardzo staniało. Bawił się, żłopał piwo u każdego browarnika. Od kobiet tylko trzymał się z daleka. Omijał je szerokim łukiem. Aż wreszcie natura Liczyrzepy zagnała go w rejon Izerskiej Polany gdzie upomniała się o swoje prawa. Przechodząc się dzikimi izerskimi ścieżkami napotkał Agę...    
>>>>Legenda o wiedźmie Adze